Maurissê - czy ta firma Wam coś mówi? Mi, nie bardzo, choć to nasza rodzima firma. I dopiero po wygooglowaniu sobie nazwy, mogłam zobaczyć ile mają świetnych marek na rynku kosmetycznym. I tu właśnie pojawia się MultiBiomask
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doskonałe kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doskonałe kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
Kobieta w masce
Nie mam czasu na bieganie po salonach spa, nie mam czasu na siedzenie z plastrami ogórka na czole i peelingiem z kawy na udach. Poszukuje rozwiązań wygodnych i szybkich. Bardzo późno chodzę spać, a przecież każdy chce świetnie wyglądać rano. Ja też! Uwielbiam więc kosmetyki, które pracują za mnie i dla mnie. Najlepiej wtedy kiedy śpię. To idealne rozwiązanie dla takich sówek jak ja. Wstaję rano i już. Nie muszę nic siebie ścierać, zdzierać i wklepywać. Swego czasu byłam maniaczką koreańskich masek w płachcie. Zamawiałam je w Korei lub kupowałam w TK Maxx, ale ostatnio zauważyłam, że nie ważne ile zapłacę za taką maskę i nie ważne jakiego jest rodzaju- każda działa tak samo. W większości tych masek odczułam jedynie działanie kojące. A ja chcę, by takie maski nawilżały, oczyszczały, koiły, regenerowały...Czy wymagam za dużo? Czy są takie maseczki? Ba! oczywiście, że są. Najlepsze jest to, że nie muszę ich szukać w Korei, bo mam je pod nosem np. w Rossmannie.
Maurissê - czy ta firma Wam coś mówi? Mi, nie bardzo, choć to nasza rodzima firma. I dopiero po wygooglowaniu sobie nazwy, mogłam zobaczyć ile mają świetnych marek na rynku kosmetycznym. I tu właśnie pojawia się MultiBiomask
Maurissê - czy ta firma Wam coś mówi? Mi, nie bardzo, choć to nasza rodzima firma. I dopiero po wygooglowaniu sobie nazwy, mogłam zobaczyć ile mają świetnych marek na rynku kosmetycznym. I tu właśnie pojawia się MultiBiomask
Marion Professional - pielęgnacja doskonała
Wakacje dały porządnie w kość moim włosom. Słońce, wiatr i słona woda oceanu. Okropna wilgotność w Nowym Jorku, potem upalne dni na Kaszubach i wiecznie spocona skóra głowy. To nie mogło się dobrze skończyć. Moje włosy dosłownie wołały o pomoc.
Na wakacjach nie zawsze używamy naszych ulubionych i sprawdzonych kosmetyków. Prawie nigdy nie myślimy o ochronie UV, nie mamy czasu na maski i odżywki. Najczęściej kupujemy jakieś all in one, byle szybko, byle opakowanie zmieściło się do walizki.
I przychodzi taki moment, kiedy przeglądamy się w lustrze, a nasze lśniące włosy wyglądają na wypłowiałe, wypadają i nie mają blasku. Ja w domu mam dodatkowo jeszcze dwie panny, gdzie jedna włosy na za pupę, a druga do ramion. To zobowiązuje. Nie mogę pozwolić sobie na byle szampon, bo potem po prostu nie ogarnę tematu. A dodatkowo wiecie jakie ilości szamponu zużywają moje Roszpunki?? Butelkę to my mamy dosłownie na kilka dni. Jak kupuję szampony to w ilościach hurtowych i szukam takich bez parabenów.
Markę Marion znam od dawna. Używam ich olejków do włosów. Zawsze uważałam, że to świetna i zarazem niedroga marka, no i na dodatek polska. Po serię Professional sięgnęłam jednak pierwszy raz. Miałam do nich zaufanie i wiedziałam, że moim włosom nic złego nie grozi. No i się nie myliłam.
Na wakacjach nie zawsze używamy naszych ulubionych i sprawdzonych kosmetyków. Prawie nigdy nie myślimy o ochronie UV, nie mamy czasu na maski i odżywki. Najczęściej kupujemy jakieś all in one, byle szybko, byle opakowanie zmieściło się do walizki.
I przychodzi taki moment, kiedy przeglądamy się w lustrze, a nasze lśniące włosy wyglądają na wypłowiałe, wypadają i nie mają blasku. Ja w domu mam dodatkowo jeszcze dwie panny, gdzie jedna włosy na za pupę, a druga do ramion. To zobowiązuje. Nie mogę pozwolić sobie na byle szampon, bo potem po prostu nie ogarnę tematu. A dodatkowo wiecie jakie ilości szamponu zużywają moje Roszpunki?? Butelkę to my mamy dosłownie na kilka dni. Jak kupuję szampony to w ilościach hurtowych i szukam takich bez parabenów.
Markę Marion znam od dawna. Używam ich olejków do włosów. Zawsze uważałam, że to świetna i zarazem niedroga marka, no i na dodatek polska. Po serię Professional sięgnęłam jednak pierwszy raz. Miałam do nich zaufanie i wiedziałam, że moim włosom nic złego nie grozi. No i się nie myliłam.
Jak malina i piwonia skradły me serce
Dawno dawno temu, za górami za lasami a dokładnie w Prowansji, powstało mydło marsylskie. Produkt ten, dzięki swoim pielęgnującym właściwościom szybko znalazł wielu fanów i stał się produktem kultowym. Savon de Marseille zawierało 72% oliwy z oliwek i było polecane przez wszystkich dermatologów dla skóry problematycznej. Dzięki niesamowitemu składowi było polecane dla skóry wrażliwej i skłonnej do podrażnień. Dziś Le Petit Marseillais przedłużając tradycję produkuje najlepszej jakości produkty do mycia i pielęgnacji skóry.
Stop! A tak naprawdę, to co my jako klientki chcemy wiedzieć o produktach, których używamy? Czy ładnie pachną, czy odżywiają i nawilżają naszą skórę, czy nie zawierają szkodliwych składników, ile kosztują i gdzie je kupić.
Nigdy nie sprawdzam właściwości myjących żeli pod prysznic, bo nie pracuję w kopalni węgla, by musieć szorować ciało mocnymi środkami. Ja po prostu lubię produkty, które się pienią, dobrze rozprowadzają po skórze i pięknie pachną. Skóra po ich użyciu ma być gładka, miękka w dotyku i nawilżona.
Dziś jako ambasadorka Le Petit Marseillais miałam przyjemność wypróbowania trzech produktów do mycia ciała.
1. Żel pod prysznic Malina i Piwonia
2. Pielęgnujący balsam do mycia - Masło arganowe, wosk pszczeli i olejek różany
3. Pielęgnujący krem do mycia - Masło shea i akacja.
Tak wyglądała moja paczka ambasadorki.
Dla przyjaciółek próbki i karta z hasłem do portalu. Zarejestruj się na ambasadorkalpm.pl wpisując hasło #czekamnanowakampanielpm a jako pierwsza dostaniesz informację o zbliżającej się kampanii.Wtedy tak jak ja będziesz miała szanse wypróbować nowe kosmetyki Le Petit Marseillais.
Na pierwszy ogień poszedł żel pod prysznic z maliną i piwonią. Nietuzinkowe połączenie zapachów sprawiło, że moje zmysły oszalały. Jako zapachowiec uwielbiam otaczać się pięknymi zapachami, a unikam tych, które mnie męczą. Nie wiem,, czy potrafię wyodrębnić zapach maliny, ale za to piwonia pachnie obłędnie. Piwonie są pięknymi kwiatami i kojarzą mi się z moim dzieciństwem i babcinym ogrodem, w którym zakwitały przed wakacjami. U nas mówiono na nie peonie, a ja z ich płatków robiłam pościel dla maluśkiej laleczki, która była Calineczką :)
Do wypróbowania żelu namówiłam również męża, który lubi moje kosmetyki do mycia. I wcale nie umniejsza to jego męskości! Powiedział mi kiedyś, że wszystkie żele dedykowane dla panów pachną jednakowo i są bardzo perfumowane. I tu go rozumiem. My kobiety możemy wybierać i przebierać w zapachach produktów do mycia, więc jeśli on woli malinę od nuty drzewnej, to bardzo proszę.
Na początek miły plus za opakowanie. Zawsze omijałam te żele właśnie za kształt butelki, bo wydawała mi się jakaś taka nieporęczna. I tu się mocno zdziwiłam, bo wygodnie się ją trzyma pod prysznicem i nie wyślizguje się z ręki. Wygodnie się ją też otwiera i aplikuje żel. Nie wiem jak sprawa wygląda przy końcówce płynu, ale to mogę sprawdzić później, bo powiem Wam, że nie znoszę wyciskania resztek z butelek.
No i najważniejsza rzecz, skóra po użyciu tego kremowego żelu jest nawilżona, a pachnie tak mocno i tak długo, że aż miło i dla pachnącego i dla wąchającego :)
Kosmetyk nie zawiera parabenów.
Chętnie przystąpię do testów kolejnych dwóch zapachów, ale Wy będziecie musieli poczekać na recenzję. Póki co życzę wszystkim relaksujących kąpieli!
#ambasadorkaLPM
Stop! A tak naprawdę, to co my jako klientki chcemy wiedzieć o produktach, których używamy? Czy ładnie pachną, czy odżywiają i nawilżają naszą skórę, czy nie zawierają szkodliwych składników, ile kosztują i gdzie je kupić.
Nigdy nie sprawdzam właściwości myjących żeli pod prysznic, bo nie pracuję w kopalni węgla, by musieć szorować ciało mocnymi środkami. Ja po prostu lubię produkty, które się pienią, dobrze rozprowadzają po skórze i pięknie pachną. Skóra po ich użyciu ma być gładka, miękka w dotyku i nawilżona.
Dziś jako ambasadorka Le Petit Marseillais miałam przyjemność wypróbowania trzech produktów do mycia ciała.
1. Żel pod prysznic Malina i Piwonia
2. Pielęgnujący balsam do mycia - Masło arganowe, wosk pszczeli i olejek różany
3. Pielęgnujący krem do mycia - Masło shea i akacja.
Tak wyglądała moja paczka ambasadorki.
Dla przyjaciółek próbki i karta z hasłem do portalu. Zarejestruj się na ambasadorkalpm.pl wpisując hasło #czekamnanowakampanielpm a jako pierwsza dostaniesz informację o zbliżającej się kampanii.Wtedy tak jak ja będziesz miała szanse wypróbować nowe kosmetyki Le Petit Marseillais.
Na pierwszy ogień poszedł żel pod prysznic z maliną i piwonią. Nietuzinkowe połączenie zapachów sprawiło, że moje zmysły oszalały. Jako zapachowiec uwielbiam otaczać się pięknymi zapachami, a unikam tych, które mnie męczą. Nie wiem,, czy potrafię wyodrębnić zapach maliny, ale za to piwonia pachnie obłędnie. Piwonie są pięknymi kwiatami i kojarzą mi się z moim dzieciństwem i babcinym ogrodem, w którym zakwitały przed wakacjami. U nas mówiono na nie peonie, a ja z ich płatków robiłam pościel dla maluśkiej laleczki, która była Calineczką :)
Na początek miły plus za opakowanie. Zawsze omijałam te żele właśnie za kształt butelki, bo wydawała mi się jakaś taka nieporęczna. I tu się mocno zdziwiłam, bo wygodnie się ją trzyma pod prysznicem i nie wyślizguje się z ręki. Wygodnie się ją też otwiera i aplikuje żel. Nie wiem jak sprawa wygląda przy końcówce płynu, ale to mogę sprawdzić później, bo powiem Wam, że nie znoszę wyciskania resztek z butelek.
Mydło dobrze się pieni i rozprowadza po skórze. Dobrze również się spłukuje. Biorąc prysznic z żelem LPM można się naprawdę zrelaksować. Nie mam w domu wanny i szczerze nie znoszę swojego prysznica, bo nie mogę sobie poleżeć przy świecach, otulona pianą. Teraz jednak to się zmieni, bo żel malina i piwonia pachnie tak pięknie, że aż się nie chce wychodzić z kąpieli.
No i najważniejsza rzecz, skóra po użyciu tego kremowego żelu jest nawilżona, a pachnie tak mocno i tak długo, że aż miło i dla pachnącego i dla wąchającego :)
Kosmetyk nie zawiera parabenów.
Chętnie przystąpię do testów kolejnych dwóch zapachów, ale Wy będziecie musieli poczekać na recenzję. Póki co życzę wszystkim relaksujących kąpieli!
#ambasadorkaLPM
Witaj NIVEA!
Kto nie zna kosmetyków NIVEA? chyba nie ma takiej osoby. Ja od wielu lat używam kremu do twarzy - tego klasycznego w niebieskiej puszce. Kupuję sobie duże opakowanie i smaruję się nim do woli :) Używam go czasem do rąk, a czasem do twarzy. Ot taki uniwersalny krem do wszystkiego. Lubię jego gęstą konsystencję i zapach, który nie zmienił się chyba nigdy przez ostatnie 20 lat.
Ale ja nie o kremie :) W tym miesiącu otrzymałam do testowania szampon i odżywkę NIVEA Repair &Targeted care i tak naprawdę stwierdziłam, że oprócz tego kremu w puszce, nigdy nie kupowałam innych produktów tej marki. Nie wiem czemu... Myślałam, że nie ma marki szamponu, której nie używałam, a jednak jest. I tak oto z pewną dozą nieśmiałości sięgam dziś po Nivea i ....
Włosy myję codziennie, jest to mój rytuał, który po prostu pozwala mi się obudzić. I tak już od szkoły podstawowej. Codziennie też nakładam odżywkę, a raz w miesiącu robię sobie maskę na końcówki. Moje włosy są cienkie, ale jest ich sporo. Mam też dwie córy - młodsza ma włosy za pupę, a starsza za łopatki. Tak więc wyobraźcie sobie ile zużywamy miesięcznie szamponów. Co jakiś czas zmieniam szampon w poszukiwaniu tego idealnego. Czasem powracam do jakiejś ulubionej marki, a czasem mam otwarte w łazience 2 lub 3 różne. Kupuję produkty profesjonalne, apteczne, ale też te zwykłe dostępne w marketach.
Czego ja oczekuję od szamponu?
Czy NIVEA Repair &Targeted Care spełnił moje oczekiwania? Z całą pewnością muszę przyznać, że tak! i bardzo mocno mnie zaskoczył! Przede wszystkim pielęgnował moje włosy na co dzień i odbudowywał je od wewnątrz dzięki olejkowi makadamia. Natomiast Eucertit chronił końcówki i zapobiegał łamaniu. Było to wręcz wyczuwalne, bo włosy po myciu były miękkie w dotyku i gładkie. Już po pierwszym użyciu ja i moje córki zauważyłyśmy znaczącą różnicę i poprawę kondycji włosów.
Bardzo przekonała mnie również odżywka. Dla kogoś kto myje codziennie włosy, napis na odżywce - spłucz po 2 minutach to jak wyrok stania pod prysznicem i czekania. Wiem... w tym czasie można poukładać kosmetyki, umyć kafelki, ale jednak wolę odżywkę, którą mogę spłukać od razu. Tą wystarczyło wmasować w włosy i bez zbędnego czekania po prostu spłukać. Momentalnie pod palcami czuć jak włosy robią się gładsze. Po wysuszeniu włosy nie są obciążone, ani się nie puszą. Są piękne i błyszczące. No i najważniejsze, że skóra głowy nie protestuje przez zmianę szamponu z aptecznego na drogeryjny. Czego chcieć więcej?
Dodatkowo na opakowaniu odkryłam malusieńki napis KERA DETECT co oznacza, że szampon i odżywka w swoim składzie są wzbogacone o wyjątkowy system połączenia pantenolu i keratyny. Tu chyba nikogo nie muszę przekonywać, że taki skład ma zbawienny wpływ na nasze włosy. Moje córki w końcu nie krzyczą przy czesaniu, że je ciągnę za włosy, bo teraz wszystko się świetnie rozczesuje.
W swoim składzie kosmetyki te zawierają dużo protein, dzięki czemu mają właściwości regenerujące i nareszcie posiadaczki długich włosów nie muszą się martwić o swoje końcówki.
Podsumowując w skrócie :
Jeśli mnie już dobrze znacie, wiecie że polecam produkt tylko i wyłącznie godny polecenia, nie ważne czy go dostałam czy kupiłam. Te produkty testowałam dzięki Blog Recommend i nie żałuję ani jednego mycia, nawet zdążyłam dokupić drugi zestaw. Dodatkowo jeśli włosomaniaczka ANWEN jest ambasadorką tego szamponu, to jestem spokojna o swój wybór!
Dajcie znać w komentarzach, czy skusiłyście się na NIVEA, czy znacie, czy używacie. Wiem, że tych szamponów jest cała gama, może coś polecicie?
Ale ja nie o kremie :) W tym miesiącu otrzymałam do testowania szampon i odżywkę NIVEA Repair &Targeted care i tak naprawdę stwierdziłam, że oprócz tego kremu w puszce, nigdy nie kupowałam innych produktów tej marki. Nie wiem czemu... Myślałam, że nie ma marki szamponu, której nie używałam, a jednak jest. I tak oto z pewną dozą nieśmiałości sięgam dziś po Nivea i ....
Włosy myję codziennie, jest to mój rytuał, który po prostu pozwala mi się obudzić. I tak już od szkoły podstawowej. Codziennie też nakładam odżywkę, a raz w miesiącu robię sobie maskę na końcówki. Moje włosy są cienkie, ale jest ich sporo. Mam też dwie córy - młodsza ma włosy za pupę, a starsza za łopatki. Tak więc wyobraźcie sobie ile zużywamy miesięcznie szamponów. Co jakiś czas zmieniam szampon w poszukiwaniu tego idealnego. Czasem powracam do jakiejś ulubionej marki, a czasem mam otwarte w łazience 2 lub 3 różne. Kupuję produkty profesjonalne, apteczne, ale też te zwykłe dostępne w marketach.
Czego ja oczekuję od szamponu?
- musi ładnie pachnieć
- musi mieć wygodną w użyciu butelkę
- moje włosy po użyciu nie mogą być splątane
- musi dobrze nawilżać i chronić kolor
- powinien być na tyle delikatny, bym mogła używać go codziennie
- jego skład nie może przypominać tablicy Mendlelejewa, nie może zawierać parabenów
Czy NIVEA Repair &Targeted Care spełnił moje oczekiwania? Z całą pewnością muszę przyznać, że tak! i bardzo mocno mnie zaskoczył! Przede wszystkim pielęgnował moje włosy na co dzień i odbudowywał je od wewnątrz dzięki olejkowi makadamia. Natomiast Eucertit chronił końcówki i zapobiegał łamaniu. Było to wręcz wyczuwalne, bo włosy po myciu były miękkie w dotyku i gładkie. Już po pierwszym użyciu ja i moje córki zauważyłyśmy znaczącą różnicę i poprawę kondycji włosów.
Bardzo przekonała mnie również odżywka. Dla kogoś kto myje codziennie włosy, napis na odżywce - spłucz po 2 minutach to jak wyrok stania pod prysznicem i czekania. Wiem... w tym czasie można poukładać kosmetyki, umyć kafelki, ale jednak wolę odżywkę, którą mogę spłukać od razu. Tą wystarczyło wmasować w włosy i bez zbędnego czekania po prostu spłukać. Momentalnie pod palcami czuć jak włosy robią się gładsze. Po wysuszeniu włosy nie są obciążone, ani się nie puszą. Są piękne i błyszczące. No i najważniejsze, że skóra głowy nie protestuje przez zmianę szamponu z aptecznego na drogeryjny. Czego chcieć więcej?
Dodatkowo na opakowaniu odkryłam malusieńki napis KERA DETECT co oznacza, że szampon i odżywka w swoim składzie są wzbogacone o wyjątkowy system połączenia pantenolu i keratyny. Tu chyba nikogo nie muszę przekonywać, że taki skład ma zbawienny wpływ na nasze włosy. Moje córki w końcu nie krzyczą przy czesaniu, że je ciągnę za włosy, bo teraz wszystko się świetnie rozczesuje.
W swoim składzie kosmetyki te zawierają dużo protein, dzięki czemu mają właściwości regenerujące i nareszcie posiadaczki długich włosów nie muszą się martwić o swoje końcówki.
- skład bogaty w proteiny
- zapach intensywny lecz ładny i nie męczący
- konsystencja kremowo perłowa
- wygodne i poręczne opakowanie
- bardzo wydajny
- cena ok 9 zł za odżywkę 200 ml, a 6 zł za szampon 250 ml lub 9 zł za 400 ml.
Jeśli mnie już dobrze znacie, wiecie że polecam produkt tylko i wyłącznie godny polecenia, nie ważne czy go dostałam czy kupiłam. Te produkty testowałam dzięki Blog Recommend i nie żałuję ani jednego mycia, nawet zdążyłam dokupić drugi zestaw. Dodatkowo jeśli włosomaniaczka ANWEN jest ambasadorką tego szamponu, to jestem spokojna o swój wybór!
Dajcie znać w komentarzach, czy skusiłyście się na NIVEA, czy znacie, czy używacie. Wiem, że tych szamponów jest cała gama, może coś polecicie?
Bio - Oil rycerz na białym koniu czy przebieraniec?
W wakacje miałam przyjemność testować wiele różnych kosmetyków. Odkrywałam nowinki koreańskie, polskie i rosyjskie. Dziś jednak chciałabym podzielić się z Wami opinią o kosmetyku już znanym i lubianym, a przez niektóre z Was niestety niedocenianym.
Pierwszy raz z olejkiem Bio - Oil spotkałam się w reklamach telewizyjnych, ale ponieważ bardzo sceptycznie podchodzę do tego rodzaju leków na całe zło, nie zamierzałam go kupować. Gdy okazało się, że mam możliwość wypróbowania go na własnej skórze, chętnie z niej skorzystałam.
Co o olejku Bio Oil mówi producent ?
Bio - Oil jest to specjalistyczny produkt do pielęgnacji skóry o różnych potrzebach. Opracowany specjalnie, by poprawić wygląd blizn, rozstępów i nierównomiernego kolorytu skóry. Innowacyjna receptura zawiera unikalny skadnik PurCellin Oil dzięki czemu olejek jest lekki i nietłusty, zapewniając jednocześnie łatwiejszą absorpcję składników odżywczych zawartych w witaminach i wyciągach roślin.
Olejek w swoim składzie zawiera :
Zalety i działanie :
A co myślę ja na temat tego produktu?
Na samym początku oczywiście zasięgnęłam opinii w internecie. Było jej sporo. Równie dużo było opinii negatywnych jak i pozytywnych.
Wypróbowałam go na trzech polach - do nawilżenia odwodnionej skóry, na rozstępy i na nierówny koloryt skóry.
1. W pierwszym przypadku byłam zaskoczona dosłownie już od pierwszego użycia. Olejek się bardzo dobrze nakłada na skórę, pięknie pachnie i mimo iż jest tłusty to szybko się wchłania. Stosowałam go codziennie na noc. Skóra stała się bardziej jędrna i nie mam już problemów z suchymi miejscami na czole czy polikach. Jeśli przy okazji kuracji tym olejkiem pijemy sporo wody i dbamy o dietę, to efekty będą większe niż myślicie.
2. W przypadku rozstępów sprawa wygląda ciut inaczej. Moje rozstępy po dwóch ciążach można usunąć jednie piłą mechaniczną, więc Bio Oil testowała 13 letnia dziewczynka na rozstępy, które powstały u niej w wyniku szybkiego wzrostu. Tu nasze zaskoczenie było spore, bo czerwone rozstępy dosłownie po kilku dniach zjaśniały. Trzymam jednak kciuki za dalsze leczenie, bo w tej chwili jest za wcześnie, by przerywać stosowanie olejku, ale efekty już są, a to najważniejsze!
Nie liczcie jednak, że ten olejek usunie Wasze rozstępy raz na zawsze, bo jest to po prostu niemożliwe.
3. W trzecim przypadku użyłam olejku Bio Oil na wyrównanie kolorytu skóry. Smarowałam swoje piszczele przez okres dwóch miesięcy, bowiem mam na skórze bardzo duże przebarwienia po przebytej chorobie. Lekarze mówili mi, że blizny po rumieniu guzowatym zostaną na skórze całe życie, ja jednak odnoszę wrażenie, że są dużo jaśniejsze i mniejsze. Dokupiłam większe opakowanie i dwa razy dziennie wcieram olejek w skórę. Mam nadzieję, że na przyszłe wakacje po przebarwieniach nie będzie ani śladu!
Produkt ten ma też wady :
- opakowanie - Jest niewygodny w użyciu. Buteleczkę trzeba odkręcić a potem mając tłuste ręce zakręcamy, wypada nam korek, wyślizguje się butelka i scenariusz dalszy już znamy. Butelka powinna mieć pompkę, więc mam nadzieje, że producent kiedyś o tym pomyśli.
- odrobinę zapycha pory na twarzy - nie bardzo znam się na składach kosmetyków, ale wydaje mi się, że to wina parafiny.
Bio - Oil Jak każdy taki kosmetyk wymaga długotrwałego i systematycznego używania minimum 3 miesiące. Nie wierzcie w opinie kobiet, które użyły olejku kilka razy i nie widząc rezultatów powiedziały, że jest on do niczego. Spróbujcie i przekonajcie się na własnej skórze, ale dajcie mu i sobie więcej czasu. Bio - Oil zrewanżuje się tylko wytrwałym :)
Obiecajcie mi, że zanim skrytykujecie jakiś kosmetyk lub lek, sprawdźcie czy używacie go zgodnie z ulotką. Ja już wiem czy Bio - Oil uratuje moją skórę, czy tylko udaje. A czy Wy znacie już odpowiedź na tytułowe pytanie?
Wpis nie jest artykułem sponsorowanym. Jest moją obiektywną opinią na temat używanego produktu.
Pierwszy raz z olejkiem Bio - Oil spotkałam się w reklamach telewizyjnych, ale ponieważ bardzo sceptycznie podchodzę do tego rodzaju leków na całe zło, nie zamierzałam go kupować. Gdy okazało się, że mam możliwość wypróbowania go na własnej skórze, chętnie z niej skorzystałam.
Co o olejku Bio Oil mówi producent ?
Bio - Oil jest to specjalistyczny produkt do pielęgnacji skóry o różnych potrzebach. Opracowany specjalnie, by poprawić wygląd blizn, rozstępów i nierównomiernego kolorytu skóry. Innowacyjna receptura zawiera unikalny skadnik PurCellin Oil dzięki czemu olejek jest lekki i nietłusty, zapewniając jednocześnie łatwiejszą absorpcję składników odżywczych zawartych w witaminach i wyciągach roślin.
Olejek w swoim składzie zawiera :
- olejek z nagietka
- olejek lawendowy
- olejek rozmarynowy
- olejek rumiankowy
- witaminę A i E
pozostałe składniki możecie znaleźć na stronie produktu - tutaj
Zalety i działanie :
- zapewnia nawilżenie skóry odwodnionej
- zawiera witaminy i olejki
- doskonały do stosowania na ciało i twarz
- Szybko się wchłania
- Jest hipoalergiczny
- jest idealny dla skóry wrażliwej
- doskonały jako olejek po opalaniu
- poprawia wygląd istniejących i nowych blizn (nie usunie ich na stałe)
- zmniejsza prawdopodobieństwo występowania rozstępów w ciąży i okresie dojrzewania czy nagłego wzrostu, rozjaśnia występujące rozstępy
- wyrównuje kolor skóry
- wygładza skórę starzejącą się
A co myślę ja na temat tego produktu?
Na samym początku oczywiście zasięgnęłam opinii w internecie. Było jej sporo. Równie dużo było opinii negatywnych jak i pozytywnych.
Wypróbowałam go na trzech polach - do nawilżenia odwodnionej skóry, na rozstępy i na nierówny koloryt skóry.
1. W pierwszym przypadku byłam zaskoczona dosłownie już od pierwszego użycia. Olejek się bardzo dobrze nakłada na skórę, pięknie pachnie i mimo iż jest tłusty to szybko się wchłania. Stosowałam go codziennie na noc. Skóra stała się bardziej jędrna i nie mam już problemów z suchymi miejscami na czole czy polikach. Jeśli przy okazji kuracji tym olejkiem pijemy sporo wody i dbamy o dietę, to efekty będą większe niż myślicie.
2. W przypadku rozstępów sprawa wygląda ciut inaczej. Moje rozstępy po dwóch ciążach można usunąć jednie piłą mechaniczną, więc Bio Oil testowała 13 letnia dziewczynka na rozstępy, które powstały u niej w wyniku szybkiego wzrostu. Tu nasze zaskoczenie było spore, bo czerwone rozstępy dosłownie po kilku dniach zjaśniały. Trzymam jednak kciuki za dalsze leczenie, bo w tej chwili jest za wcześnie, by przerywać stosowanie olejku, ale efekty już są, a to najważniejsze!
Nie liczcie jednak, że ten olejek usunie Wasze rozstępy raz na zawsze, bo jest to po prostu niemożliwe.
3. W trzecim przypadku użyłam olejku Bio Oil na wyrównanie kolorytu skóry. Smarowałam swoje piszczele przez okres dwóch miesięcy, bowiem mam na skórze bardzo duże przebarwienia po przebytej chorobie. Lekarze mówili mi, że blizny po rumieniu guzowatym zostaną na skórze całe życie, ja jednak odnoszę wrażenie, że są dużo jaśniejsze i mniejsze. Dokupiłam większe opakowanie i dwa razy dziennie wcieram olejek w skórę. Mam nadzieję, że na przyszłe wakacje po przebarwieniach nie będzie ani śladu!
Produkt ten ma też wady :
- opakowanie - Jest niewygodny w użyciu. Buteleczkę trzeba odkręcić a potem mając tłuste ręce zakręcamy, wypada nam korek, wyślizguje się butelka i scenariusz dalszy już znamy. Butelka powinna mieć pompkę, więc mam nadzieje, że producent kiedyś o tym pomyśli.
- odrobinę zapycha pory na twarzy - nie bardzo znam się na składach kosmetyków, ale wydaje mi się, że to wina parafiny.
Bio - Oil Jak każdy taki kosmetyk wymaga długotrwałego i systematycznego używania minimum 3 miesiące. Nie wierzcie w opinie kobiet, które użyły olejku kilka razy i nie widząc rezultatów powiedziały, że jest on do niczego. Spróbujcie i przekonajcie się na własnej skórze, ale dajcie mu i sobie więcej czasu. Bio - Oil zrewanżuje się tylko wytrwałym :)
Obiecajcie mi, że zanim skrytykujecie jakiś kosmetyk lub lek, sprawdźcie czy używacie go zgodnie z ulotką. Ja już wiem czy Bio - Oil uratuje moją skórę, czy tylko udaje. A czy Wy znacie już odpowiedź na tytułowe pytanie?
Wpis nie jest artykułem sponsorowanym. Jest moją obiektywną opinią na temat używanego produktu.
Moje majowe doskonałości kosmetyczne
Od jakiegoś czasu mam przerwę w kupowaniu boxów kosmetycznych. Po pierwsze Memebox zaprzestał wysyłki do PL, po drugie beGlossy i ShinyBox ostatnio straszą nudą i drogeriowymi markami, a po trzecie mam spory zapas kosmetyków do wykorzystania. Oczywiście przez chwilę pokusiłam się i zamówiłam pudełko Inspired By Kasia Tusk, ale po zobaczeniu zawartości czym prędzej odesłałam je z powrotem.
Kosmetyki nadal kupuję i pewnie będę kupować, bo ciągle szukam idealnego kremu, płynu a teraz dodatkowo musiałam wprowadzić większy filtr.
W tym miesiącu przedstawię Wam moje majowe hity. Postaram się od czasu do czasu pochwalić się moimi ulubieńcami. Na produkty niedoskonałe nie ma tu miejsca :)
Ostatnio była jakaś akcja i otrzymałam kilka próbek kremu Loreal Skin Perfection. Już po pierwszym użyciu stwierdziłam, że muszę go kupić. Producent obiecuje, że skóra będzie optymalnie nawilżona, wygładzona i jedwabiście miękka. Pory mają być zmniejszone i widocznie zredukowane zaczerwieniania. I wiecie co? Rzeczywiście tak jest! Jeszcze nigdy nie miałam tak dobrego kremu, a proszę mi wierzyć, kupiłam ich w życiu sporo ;) Krem jest zamknięty w ślicznym szklanym słoiczku w kolorze fuksji. Ma delikatną konsystencję, nie natłuszcza ale film na skórze jest wyczuwalny. Bardzo ładnie pachnie. Mam bardzo suchą skórę i podrażnioną, a to co on zrobił to można nazwać dosłownie cudem :)
Drugi kosmetyk, który chciałabym Wam polecić to Multifunkcyjny krem korygujący do ciła CC Color Control 10 w 1 Bieleda.To produkt, który jest na naszym rynku już od ponad roku i używałam go w zeszłe wakacje. W tym roku znowu postanowiłam kupić nowe opakowanie i cieszę się, że go mam.
Jest to krem, który łączy w sobie właściwości korektora do ciała i pielęgnacyjne balsamu. Po wyciśnięciu na dłoń wygląda bardzo ciemno, ale po nałożeniu na nogi daje niesamowity efekt. Dopasowując się do karnacji nie odcina się od naszego koloru skóry, maskuje pajączki, siniaki, blizny. Ujednolica kolor skóry, nawilża ją a rozświetlające mikropigmenty powodują, że skóra odbija światło i ma naturalny blask. W końcu nie straszę bladymi nogami, przy założeniu spódnicy w gorące dni.
Ostatni kosmetyk, z którego jestem tak bardzo zadowolona, że aż postanowiłam napisać ten post, to dwufazowy płyn do demakijażu Biphasc Elisir PUPA. Dostałam go, więc tak naprawdę nie wiem nawet czy jest dostępny i w jakich sklepach. Jest to płyn do zmywania makijażu, a także nadaje się do mycia całego ciała! Olejek w nim zawarty idealnie usuwa nawet wodoodporny tusz, nawilża skórę, a pachnie tak pięknie, że mogę go używać dosłownie non stop. Mogę szybciutko (dosłownie jednym wacikiem!) zmyć makijaż, a za chwilę wskoczyć z nim pod prysznic i umyć całe ciało.
Nie przejdźcie nigdy obojętnie koło tego kosmetyku. Może wpadnie Wam kiedyś w oko w jakiejś promocji ( np. z tuszem do rzęs). Znajdziecie go najszybciej w małych prywatnych drogeriach lub na allegro.
Jesteście ciekawi co będzie moim mega hitem czerwca? Ja już go znalazłam!ale o tym dopiero w lipcu.
Ampresand, który jest w tle zdjęć zrobiła Kasia z Twoje DIY :) Jeszcze raz dziękuję!
Kosmetyki nadal kupuję i pewnie będę kupować, bo ciągle szukam idealnego kremu, płynu a teraz dodatkowo musiałam wprowadzić większy filtr.
W tym miesiącu przedstawię Wam moje majowe hity. Postaram się od czasu do czasu pochwalić się moimi ulubieńcami. Na produkty niedoskonałe nie ma tu miejsca :)
Ostatnio była jakaś akcja i otrzymałam kilka próbek kremu Loreal Skin Perfection. Już po pierwszym użyciu stwierdziłam, że muszę go kupić. Producent obiecuje, że skóra będzie optymalnie nawilżona, wygładzona i jedwabiście miękka. Pory mają być zmniejszone i widocznie zredukowane zaczerwieniania. I wiecie co? Rzeczywiście tak jest! Jeszcze nigdy nie miałam tak dobrego kremu, a proszę mi wierzyć, kupiłam ich w życiu sporo ;) Krem jest zamknięty w ślicznym szklanym słoiczku w kolorze fuksji. Ma delikatną konsystencję, nie natłuszcza ale film na skórze jest wyczuwalny. Bardzo ładnie pachnie. Mam bardzo suchą skórę i podrażnioną, a to co on zrobił to można nazwać dosłownie cudem :)
Drugi kosmetyk, który chciałabym Wam polecić to Multifunkcyjny krem korygujący do ciła CC Color Control 10 w 1 Bieleda.To produkt, który jest na naszym rynku już od ponad roku i używałam go w zeszłe wakacje. W tym roku znowu postanowiłam kupić nowe opakowanie i cieszę się, że go mam.
Jest to krem, który łączy w sobie właściwości korektora do ciała i pielęgnacyjne balsamu. Po wyciśnięciu na dłoń wygląda bardzo ciemno, ale po nałożeniu na nogi daje niesamowity efekt. Dopasowując się do karnacji nie odcina się od naszego koloru skóry, maskuje pajączki, siniaki, blizny. Ujednolica kolor skóry, nawilża ją a rozświetlające mikropigmenty powodują, że skóra odbija światło i ma naturalny blask. W końcu nie straszę bladymi nogami, przy założeniu spódnicy w gorące dni.
Ostatni kosmetyk, z którego jestem tak bardzo zadowolona, że aż postanowiłam napisać ten post, to dwufazowy płyn do demakijażu Biphasc Elisir PUPA. Dostałam go, więc tak naprawdę nie wiem nawet czy jest dostępny i w jakich sklepach. Jest to płyn do zmywania makijażu, a także nadaje się do mycia całego ciała! Olejek w nim zawarty idealnie usuwa nawet wodoodporny tusz, nawilża skórę, a pachnie tak pięknie, że mogę go używać dosłownie non stop. Mogę szybciutko (dosłownie jednym wacikiem!) zmyć makijaż, a za chwilę wskoczyć z nim pod prysznic i umyć całe ciało.
Nie przejdźcie nigdy obojętnie koło tego kosmetyku. Może wpadnie Wam kiedyś w oko w jakiejś promocji ( np. z tuszem do rzęs). Znajdziecie go najszybciej w małych prywatnych drogeriach lub na allegro.
Jesteście ciekawi co będzie moim mega hitem czerwca? Ja już go znalazłam!ale o tym dopiero w lipcu.
Ampresand, który jest w tle zdjęć zrobiła Kasia z Twoje DIY :) Jeszcze raz dziękuję!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























