Pokazywanie postów oznaczonych etykietą testujemy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą testujemy. Pokaż wszystkie posty
Mój trening, mój wybór, mój Adidas
Dołączyłam do wyzwania z Adipower! 72 godziny idealnej ochrony przed poceniem! miałam przyjemność testować antyperspiranty z tej serii.
Truskawkowe love Le Petit Marseillais
....Ja Monika - autorka bloga doskonalapanidomu.blogspot.com - Ambasadorka Le Petit Marseillais, uroczyście obiecuję sama sobie, że codziennie będę się cieszyć drobnymi, pozytywnymi chwilami, które mnie spotykają. I zamierzam z nich czerpać garściami. Zatroszczę się także o swoją skórę, aby była nawilżona i pachnąca. Będę korzystać z dobrodziejstw natury, bogactwa jej składników oraz zapachów. Zobowiązuję się do zachowania uśmiechu i radości życia, którymi podzielę się ze swoimi najbliższymi. Skupię się na tym, co pozytywne, odnajdując radość i spokój nawet z najmniejszych codziennych rytuałach. Każdego dnia będę dbać o swoje dobre samopoczucie....
Żelazko w ruch - para buch!
Żelazko - niby taka zwykła rzecz. Chyba każda pani domu ma w domu, choć wiem, że nie każda używa :) Ja nie wyobrażam sobie nie prasowania rzeczy. Po wysuszeniu zawsze prasuję wszystkie rzeczy córek, swoje i męża niektóre. Często prasuję rzeczy tuż przed samym ich założeniem, bo niestety w szafie się pogniotły np. koszule.
Żelazko kupiłam sobie dobre i firmowe, ale już po kilku miesiącach byłam niezadowolona. Przypalona i żółknąca stopka, za duży ciężar. No ale to taki produkt, który wymieniamy dopiero jak się zepsuje. Tak więc prasuję z zaciśniętymi zębami, czekając aż moje żelazko padnie.
Będąc w społeczności trnd.pl mam ostatnio możliwość testów nowego żelazka Philips PerfectCare Elite Plus. Żelazko o którym mówię to żelazko ze stacją parową, pionowym wyrzutem pary i innymi bajerami, o których postaram się Wam napisać w skrócie.
Kosmetyki dla Twojego domu - MillClean
My Polki bardzo dbamy o swoje mieszkania. Remontujemy je non stop, dekorujemy najmodniejszymi dodatkami, sprzątamy na błysk. A czy kupując chemię czyszczącą do domu kierujemy się trendami i modą? Czy wybieramy produkty te co zawsze, czy może sięgamy po co raz lepsze, nowocześniejsze i ładniejsze?
Powiem Wam szczerze, że opatrzyły mi się już niektóre produkty. Od wielu lat to samo opakowanie, ten sam zapach. Co z tego, że jest świetny? Nudzi mnie to już. Chcę mieć coś fajnego, innego. Chcę by po umyciu podłóg w domu pachniało ładnie i oryginalnie, a nie tak jak w firmowej łazience. Chcę, by każdy kto wchodzi do mojego domu mówił " ale ładnie pachnie, co to?" a nie " o! myłaś właśnie toaletę"
Czy mam duże wymagania? Chyba nie. Jako co raz bardziej świadome klientki oczekujemy, wymagamy i mamy do tego prawo. Przy tak dużej konkurencji na rynku środków czystości, pora zacząć się wyróżniać.
Mill Clean - pewnie zauważyliście na moim instagramie te śliczne butelki, niczym słodkie napoje. Urzekły mnie swoimi kolorami i zapachami. To kosmetyki dla domu. Brzmi zachęcająco, prawda? Ostatnio miałam przyjemność testować kila z nich i chętnie podzielę się z Wami swoją opinią.
Powiem Wam szczerze, że opatrzyły mi się już niektóre produkty. Od wielu lat to samo opakowanie, ten sam zapach. Co z tego, że jest świetny? Nudzi mnie to już. Chcę mieć coś fajnego, innego. Chcę by po umyciu podłóg w domu pachniało ładnie i oryginalnie, a nie tak jak w firmowej łazience. Chcę, by każdy kto wchodzi do mojego domu mówił " ale ładnie pachnie, co to?" a nie " o! myłaś właśnie toaletę"
Czy mam duże wymagania? Chyba nie. Jako co raz bardziej świadome klientki oczekujemy, wymagamy i mamy do tego prawo. Przy tak dużej konkurencji na rynku środków czystości, pora zacząć się wyróżniać.
Mill Clean - pewnie zauważyliście na moim instagramie te śliczne butelki, niczym słodkie napoje. Urzekły mnie swoimi kolorami i zapachami. To kosmetyki dla domu. Brzmi zachęcająco, prawda? Ostatnio miałam przyjemność testować kila z nich i chętnie podzielę się z Wami swoją opinią.
Marion Professional - pielęgnacja doskonała
Wakacje dały porządnie w kość moim włosom. Słońce, wiatr i słona woda oceanu. Okropna wilgotność w Nowym Jorku, potem upalne dni na Kaszubach i wiecznie spocona skóra głowy. To nie mogło się dobrze skończyć. Moje włosy dosłownie wołały o pomoc.
Na wakacjach nie zawsze używamy naszych ulubionych i sprawdzonych kosmetyków. Prawie nigdy nie myślimy o ochronie UV, nie mamy czasu na maski i odżywki. Najczęściej kupujemy jakieś all in one, byle szybko, byle opakowanie zmieściło się do walizki.
I przychodzi taki moment, kiedy przeglądamy się w lustrze, a nasze lśniące włosy wyglądają na wypłowiałe, wypadają i nie mają blasku. Ja w domu mam dodatkowo jeszcze dwie panny, gdzie jedna włosy na za pupę, a druga do ramion. To zobowiązuje. Nie mogę pozwolić sobie na byle szampon, bo potem po prostu nie ogarnę tematu. A dodatkowo wiecie jakie ilości szamponu zużywają moje Roszpunki?? Butelkę to my mamy dosłownie na kilka dni. Jak kupuję szampony to w ilościach hurtowych i szukam takich bez parabenów.
Markę Marion znam od dawna. Używam ich olejków do włosów. Zawsze uważałam, że to świetna i zarazem niedroga marka, no i na dodatek polska. Po serię Professional sięgnęłam jednak pierwszy raz. Miałam do nich zaufanie i wiedziałam, że moim włosom nic złego nie grozi. No i się nie myliłam.
Na wakacjach nie zawsze używamy naszych ulubionych i sprawdzonych kosmetyków. Prawie nigdy nie myślimy o ochronie UV, nie mamy czasu na maski i odżywki. Najczęściej kupujemy jakieś all in one, byle szybko, byle opakowanie zmieściło się do walizki.
I przychodzi taki moment, kiedy przeglądamy się w lustrze, a nasze lśniące włosy wyglądają na wypłowiałe, wypadają i nie mają blasku. Ja w domu mam dodatkowo jeszcze dwie panny, gdzie jedna włosy na za pupę, a druga do ramion. To zobowiązuje. Nie mogę pozwolić sobie na byle szampon, bo potem po prostu nie ogarnę tematu. A dodatkowo wiecie jakie ilości szamponu zużywają moje Roszpunki?? Butelkę to my mamy dosłownie na kilka dni. Jak kupuję szampony to w ilościach hurtowych i szukam takich bez parabenów.
Markę Marion znam od dawna. Używam ich olejków do włosów. Zawsze uważałam, że to świetna i zarazem niedroga marka, no i na dodatek polska. Po serię Professional sięgnęłam jednak pierwszy raz. Miałam do nich zaufanie i wiedziałam, że moim włosom nic złego nie grozi. No i się nie myliłam.
Lumea Prestige BRI950 - wprowadzenie
Włosy na nogach, pod pachami, bikini...najchętniej byśmy się ich pozbyły raz na zawsze. Nie znosimy ich golić, depilować, usuwać. Wszystko kojarzy się nam z bólem, wrastającymi włoskami, podrażnieniami skóry. A jak skóra już dojdzie do siebie, to znowu mamy odrośnięte włoski i znowu musimy je golić, depilować, usuwać. I tak w kółko. Jeszcze gdybyśmy to robiły raz w miesiącu to da się przeżyć, ale niektóre z nas muszą to robić co kilka dni.
Kobiety zazwyczaj dzielą się na te, które używają maszynek do golenia lub na te, które się depilują (kremami, depilatorami lub woskiem). Ja mam bardzo wrażliwą skórę i na dodatek jestem leniuszkiem, więc najczęściej sięgałam po maszynkę do golenia. Oczywiście nie muszę nikomu tłumaczyć jak czasem wyglądała skóra po takim goleniu. Już od jakiegoś czasu myślałam o wizycie w salonie i usunięciu włosków laserem, ale koszt i plotki o poparzeniach skóry, odsuwały skrzętnie te myśli.
Jak na zawołanie pojawiła się możliwość przetestowania depilatora Philips Lumea Prestige BRI950. Dzięki Trnd Polska udało mi się i tak to cudowne urządzenie pojawiło się u mnie w domu.
Philips Lumea jest depilatorem, który używa światła IPL. Światło to dociera bezpośrednio do cebulek włosa i opóźnia jego wzrost. Producent gwarantuje nam zmniejszenie ilości włosków o 92% już po 3 zabiegach. Wierzycie? Ja przekopałam internet w poszukiwaniu zdjęć przed i po a także opinii na temat zabiegu. Znalazłam niewiele i chyba przyszła pora na sprawdzenie tego urządzenia na własnej skórze.
Ale zacznijmy od początku. Wpis podzieliłam na dwa oddzielne posty. Dopiero w drugim opowiem Wam o efektach. Tu wspomnę kilka słów o samym urządzeniu.
Po pierwsze jest bardzo ładne. To taki sprzęt, który powinna mieć w domu każda kobieta. Wiem, teraz krzykniecie, że nie każdy może sobie pozwolić na taki wydatek, ale kiedy przekalkulujemy koszty zabiegów w salonie (ok. 600 zł za jeden!) to same stwierdzicie, że się po prostu opłaca. Lumea Prestige nie wymaga wymiany żadnych części a lampa starcza na 250 tysięcy błysków, czyli ponad 20 lat używania.
Samo urządzenie jest bardzo intuicyjne w obsłudze. Posiada czujnik Smart Skin, dzięki któremu dopasujemy intensywność światła IPL do koloru naszej skóry. Ma 5 stopni mocy, co sprawdza się w przypadku różnego rodzaju włosków.
Kobiety zazwyczaj dzielą się na te, które używają maszynek do golenia lub na te, które się depilują (kremami, depilatorami lub woskiem). Ja mam bardzo wrażliwą skórę i na dodatek jestem leniuszkiem, więc najczęściej sięgałam po maszynkę do golenia. Oczywiście nie muszę nikomu tłumaczyć jak czasem wyglądała skóra po takim goleniu. Już od jakiegoś czasu myślałam o wizycie w salonie i usunięciu włosków laserem, ale koszt i plotki o poparzeniach skóry, odsuwały skrzętnie te myśli.
Jak na zawołanie pojawiła się możliwość przetestowania depilatora Philips Lumea Prestige BRI950. Dzięki Trnd Polska udało mi się i tak to cudowne urządzenie pojawiło się u mnie w domu.
Ale zacznijmy od początku. Wpis podzieliłam na dwa oddzielne posty. Dopiero w drugim opowiem Wam o efektach. Tu wspomnę kilka słów o samym urządzeniu.
Po pierwsze jest bardzo ładne. To taki sprzęt, który powinna mieć w domu każda kobieta. Wiem, teraz krzykniecie, że nie każdy może sobie pozwolić na taki wydatek, ale kiedy przekalkulujemy koszty zabiegów w salonie (ok. 600 zł za jeden!) to same stwierdzicie, że się po prostu opłaca. Lumea Prestige nie wymaga wymiany żadnych części a lampa starcza na 250 tysięcy błysków, czyli ponad 20 lat używania.
Samo urządzenie jest bardzo intuicyjne w obsłudze. Posiada czujnik Smart Skin, dzięki któremu dopasujemy intensywność światła IPL do koloru naszej skóry. Ma 5 stopni mocy, co sprawdza się w przypadku różnego rodzaju włosków.
Mamy też dwie nakładki ( w innym modelu jest ich 4) Jedna nakładka (większa) nadaje się do depilacji większych powierzchni ciała , a druga nakładka do mniejszych i delikatniejszych ( np. na twarzy)
Urządzenie posiada ładowarkę, ale bez problemu możemy używać go bez kabla po wcześniejszym naładowaniu.
Przystępując do depilacji musimy wiedzieć, że światło IPL oddziaływuje tylko na włoski ciemne. Nie nadaje się do włosków blond, siwych i rudych ponieważ musi być zachowana różnica pomiędzy kolorem włosa a kolorem skóry. W tym wypadku Lumea nie zadziała również na skórze bardzo ciemnej.
Powinniśmy również sprawdzić kto i dlaczego nie może używać zabiegów z użyciem światła IPL.
Producent informuje, że depilatora nie powinny używać osoby :
- z chorobami skóry
- ze znamionami (z dużą ilością pieprzyków)
- z problemami naczyniowymi ( żylaki, popękane naczynka)
- z cukrzycą, porfirią, niewydolnością serca
- ze skórą wrażliwą na światło
- z bardzo słabą odpornością
- z uczuleniami, opryszczką, zapaleniem mieszkowym, z krwiakami, otarciami skóry
- nie wolno używać depilatora na tatuażach i miejscach z makijażem permanentnym
- oraz kobiety w ciąży lub karmiące
Jeśli znalazłyśmy się w grupie osób tak jak ja, które mogą używać tego cudeńka to przystępujemy do depilacji. A o tym w następnym wpisie. Zapraszam tutaj!
Kaprysy Hanki i jej magiczna suszarka
Za górami, za lasami, za siedmioma morzami, mieszkała mała księżniczka Hanna. Była bardzo fajną i grzeczną dziewczynką. Oczywiście jak wszystkie księżniczki potrafiła złapać focha i pokazać wszystkim kto ma rację.
Jak malina i piwonia skradły me serce
Dawno dawno temu, za górami za lasami a dokładnie w Prowansji, powstało mydło marsylskie. Produkt ten, dzięki swoim pielęgnującym właściwościom szybko znalazł wielu fanów i stał się produktem kultowym. Savon de Marseille zawierało 72% oliwy z oliwek i było polecane przez wszystkich dermatologów dla skóry problematycznej. Dzięki niesamowitemu składowi było polecane dla skóry wrażliwej i skłonnej do podrażnień. Dziś Le Petit Marseillais przedłużając tradycję produkuje najlepszej jakości produkty do mycia i pielęgnacji skóry.
Stop! A tak naprawdę, to co my jako klientki chcemy wiedzieć o produktach, których używamy? Czy ładnie pachną, czy odżywiają i nawilżają naszą skórę, czy nie zawierają szkodliwych składników, ile kosztują i gdzie je kupić.
Nigdy nie sprawdzam właściwości myjących żeli pod prysznic, bo nie pracuję w kopalni węgla, by musieć szorować ciało mocnymi środkami. Ja po prostu lubię produkty, które się pienią, dobrze rozprowadzają po skórze i pięknie pachną. Skóra po ich użyciu ma być gładka, miękka w dotyku i nawilżona.
Dziś jako ambasadorka Le Petit Marseillais miałam przyjemność wypróbowania trzech produktów do mycia ciała.
1. Żel pod prysznic Malina i Piwonia
2. Pielęgnujący balsam do mycia - Masło arganowe, wosk pszczeli i olejek różany
3. Pielęgnujący krem do mycia - Masło shea i akacja.
Tak wyglądała moja paczka ambasadorki.
Dla przyjaciółek próbki i karta z hasłem do portalu. Zarejestruj się na ambasadorkalpm.pl wpisując hasło #czekamnanowakampanielpm a jako pierwsza dostaniesz informację o zbliżającej się kampanii.Wtedy tak jak ja będziesz miała szanse wypróbować nowe kosmetyki Le Petit Marseillais.
Na pierwszy ogień poszedł żel pod prysznic z maliną i piwonią. Nietuzinkowe połączenie zapachów sprawiło, że moje zmysły oszalały. Jako zapachowiec uwielbiam otaczać się pięknymi zapachami, a unikam tych, które mnie męczą. Nie wiem,, czy potrafię wyodrębnić zapach maliny, ale za to piwonia pachnie obłędnie. Piwonie są pięknymi kwiatami i kojarzą mi się z moim dzieciństwem i babcinym ogrodem, w którym zakwitały przed wakacjami. U nas mówiono na nie peonie, a ja z ich płatków robiłam pościel dla maluśkiej laleczki, która była Calineczką :)
Do wypróbowania żelu namówiłam również męża, który lubi moje kosmetyki do mycia. I wcale nie umniejsza to jego męskości! Powiedział mi kiedyś, że wszystkie żele dedykowane dla panów pachną jednakowo i są bardzo perfumowane. I tu go rozumiem. My kobiety możemy wybierać i przebierać w zapachach produktów do mycia, więc jeśli on woli malinę od nuty drzewnej, to bardzo proszę.
Na początek miły plus za opakowanie. Zawsze omijałam te żele właśnie za kształt butelki, bo wydawała mi się jakaś taka nieporęczna. I tu się mocno zdziwiłam, bo wygodnie się ją trzyma pod prysznicem i nie wyślizguje się z ręki. Wygodnie się ją też otwiera i aplikuje żel. Nie wiem jak sprawa wygląda przy końcówce płynu, ale to mogę sprawdzić później, bo powiem Wam, że nie znoszę wyciskania resztek z butelek.
No i najważniejsza rzecz, skóra po użyciu tego kremowego żelu jest nawilżona, a pachnie tak mocno i tak długo, że aż miło i dla pachnącego i dla wąchającego :)
Kosmetyk nie zawiera parabenów.
Chętnie przystąpię do testów kolejnych dwóch zapachów, ale Wy będziecie musieli poczekać na recenzję. Póki co życzę wszystkim relaksujących kąpieli!
#ambasadorkaLPM
Stop! A tak naprawdę, to co my jako klientki chcemy wiedzieć o produktach, których używamy? Czy ładnie pachną, czy odżywiają i nawilżają naszą skórę, czy nie zawierają szkodliwych składników, ile kosztują i gdzie je kupić.
Nigdy nie sprawdzam właściwości myjących żeli pod prysznic, bo nie pracuję w kopalni węgla, by musieć szorować ciało mocnymi środkami. Ja po prostu lubię produkty, które się pienią, dobrze rozprowadzają po skórze i pięknie pachną. Skóra po ich użyciu ma być gładka, miękka w dotyku i nawilżona.
Dziś jako ambasadorka Le Petit Marseillais miałam przyjemność wypróbowania trzech produktów do mycia ciała.
1. Żel pod prysznic Malina i Piwonia
2. Pielęgnujący balsam do mycia - Masło arganowe, wosk pszczeli i olejek różany
3. Pielęgnujący krem do mycia - Masło shea i akacja.
Tak wyglądała moja paczka ambasadorki.
Dla przyjaciółek próbki i karta z hasłem do portalu. Zarejestruj się na ambasadorkalpm.pl wpisując hasło #czekamnanowakampanielpm a jako pierwsza dostaniesz informację o zbliżającej się kampanii.Wtedy tak jak ja będziesz miała szanse wypróbować nowe kosmetyki Le Petit Marseillais.
Na pierwszy ogień poszedł żel pod prysznic z maliną i piwonią. Nietuzinkowe połączenie zapachów sprawiło, że moje zmysły oszalały. Jako zapachowiec uwielbiam otaczać się pięknymi zapachami, a unikam tych, które mnie męczą. Nie wiem,, czy potrafię wyodrębnić zapach maliny, ale za to piwonia pachnie obłędnie. Piwonie są pięknymi kwiatami i kojarzą mi się z moim dzieciństwem i babcinym ogrodem, w którym zakwitały przed wakacjami. U nas mówiono na nie peonie, a ja z ich płatków robiłam pościel dla maluśkiej laleczki, która była Calineczką :)
Na początek miły plus za opakowanie. Zawsze omijałam te żele właśnie za kształt butelki, bo wydawała mi się jakaś taka nieporęczna. I tu się mocno zdziwiłam, bo wygodnie się ją trzyma pod prysznicem i nie wyślizguje się z ręki. Wygodnie się ją też otwiera i aplikuje żel. Nie wiem jak sprawa wygląda przy końcówce płynu, ale to mogę sprawdzić później, bo powiem Wam, że nie znoszę wyciskania resztek z butelek.
Mydło dobrze się pieni i rozprowadza po skórze. Dobrze również się spłukuje. Biorąc prysznic z żelem LPM można się naprawdę zrelaksować. Nie mam w domu wanny i szczerze nie znoszę swojego prysznica, bo nie mogę sobie poleżeć przy świecach, otulona pianą. Teraz jednak to się zmieni, bo żel malina i piwonia pachnie tak pięknie, że aż się nie chce wychodzić z kąpieli.
No i najważniejsza rzecz, skóra po użyciu tego kremowego żelu jest nawilżona, a pachnie tak mocno i tak długo, że aż miło i dla pachnącego i dla wąchającego :)
Kosmetyk nie zawiera parabenów.
Chętnie przystąpię do testów kolejnych dwóch zapachów, ale Wy będziecie musieli poczekać na recenzję. Póki co życzę wszystkim relaksujących kąpieli!
#ambasadorkaLPM
Złapałam kolor i już mi nie ucieknie!
Białą bluzę męża z czerwonymi wstawkami uprać z białymi rzeczami, czy z kolorowymi? Jeśli z białymi to, czy czerwone wstawki nie zafarbują białego? a jak upiorę z kolorowymi, czy inne rzeczy nie zafarbują mi białej części? Sukienkę w biało granatowe paski jak uprać? z białymi czy granatowymi? A bluzkę na metce której jest napisane : prać oddzielnie - farbuje! mam uprać ręcznie, czy specjalnie dla niej nastawiać pranie? Czy może zbierać rzeczy w tym samym kolorze i mieć w łazience kosz na rzeczy czerwone, ciemne, białe i zielone? bla bla bla...
Wiecie ile razy zastanawiałam się nad tym?! Czasem w koszu na pranie leżała sobie jedna bluzka i czekała...czekała aż zaryzykuje i wrzucę ją do pralki z innymi, lub znajdę czas by uprać ją ręcznie. O nie! ja nie mam czasu zajmować się takimi głupotami. Nie pracuję w pralni i choć prania przybywa w tempie światła, to muszę sobie jakoś radzić i to szybko!
Na pomoc przybywa mi Rekomenduj.to, które zaprosiło mnie do kampanii chusteczek wyłapujących kolor COLOUR CATCHER . Paczki z chusteczkami rozdane i testowanie rozpoczęte.
Sposób użycia :
1. Wkładamy chusteczkę na dnie bębna pralki.
2. Dodajemy środek do prania (kapsułkę na dno lub proszek do szufladki, płyn w "arieletce"
3. Wkładamy pranie - bez segregowania na kolory, choć ja segreguję na jasne i ciemne oraz oddzielnie piorę bieliznę.
4. Po zakończeniu prania wyjmujemy pranie i chusteczkę ciesząc się, że wszystko ma swój właściwy kolor, prócz chusteczki :)
Proste?
Wiecie ile razy zastanawiałam się nad tym?! Czasem w koszu na pranie leżała sobie jedna bluzka i czekała...czekała aż zaryzykuje i wrzucę ją do pralki z innymi, lub znajdę czas by uprać ją ręcznie. O nie! ja nie mam czasu zajmować się takimi głupotami. Nie pracuję w pralni i choć prania przybywa w tempie światła, to muszę sobie jakoś radzić i to szybko!
Na pomoc przybywa mi Rekomenduj.to, które zaprosiło mnie do kampanii chusteczek wyłapujących kolor COLOUR CATCHER . Paczki z chusteczkami rozdane i testowanie rozpoczęte.
Sposób użycia :
1. Wkładamy chusteczkę na dnie bębna pralki.
2. Dodajemy środek do prania (kapsułkę na dno lub proszek do szufladki, płyn w "arieletce"
3. Wkładamy pranie - bez segregowania na kolory, choć ja segreguję na jasne i ciemne oraz oddzielnie piorę bieliznę.
4. Po zakończeniu prania wyjmujemy pranie i chusteczkę ciesząc się, że wszystko ma swój właściwy kolor, prócz chusteczki :)
Proste?
Ja robiąc zdjęcia wyprałam nowy komplet pościeli. Piorąc coś nowego nigdy nie wiemy jak zachowa się w praniu - czy będzie farbować czy nie, więc zawsze warto uprać nowe rzeczy właśnie z chusteczkami. Chusteczka "złapie kolor" zanim złapią go inne rzeczy w pralce.
A tak wygląda chusteczka po wyjęciu z pralki. Po lewej nowa po prawej użyta.
Ktoś z Was też łapie kolory z chusteczkami Colour Catcher?
#zlapKolor
W sklepach można kupić jeszcze cztery rodzaje produktów firmy K2r :
- Intensive White - chusteczki, które utrzymują biel ubrań i zapobiegają szarzeniu.
- Szaszetki 2 w 1 Colour Catcher + odplamiacz - czyli połączenie chusteczek wyłapujących kolor z odplamiaczem
- Saszetki 2 w 1 Intensive White + odplamiacz - połączenie chusteczek utrzymujących biel z odplamiaczem
- Środek do czyszczenia pralek 3 w 1 Washing machine Cleaner - środek, który odświeża i czyści naszą pralkę, usuwając pozostałości środków do prania i osadu z kamienia.
Werther's Original - Niebo w gębie
Werther's Original słodkie moje wspomnienie z dzieciństwa... Niestety nie, bo byłam dzieckiem za czasów PRL . Wtedy robiło się lizaki na patelni, lub domowe krówki, a w sklepach od czasu do czasu można było kupić różne mordoklejki, irysy maczki lub krówki ciągutki. Mało kto miał dostęp do zagranicznych słodyczy i mało kto wiedział o istnieniu Werther's Original, które istniało już od 1903 roku. Kiedy w sklepach pojawiły się te cukierki, ja pewnie już byłam nastolatką, ale dobrze pamiętam ich pełny karmelowy smak, rozkoszną gładkość i słodycz. Moja mama miała je schowane w kuchni i częstowała w wyjątkowych okazjach.
Dziś kiedy mam już dzieci, a w sklepach jest ogromny wybór najróżniejszych cukierków, nadal sięgam po Wertersy.
Teraz, po wielu latach na naszym rynku pojawiły się w nowej odsłonie, równie smacznej i zaskakującej.
Werther's Original Creamy Filling są nadziewane pysznym karmelem, który po przegryzieniu cukierka rozlewa się w ustach swą rozkoszną słodyczą. Stwierdzenie " Niebo w gębie" nabiera nowego znaczenia. Koło tych cukierków nie można przejść obojętnie, bo one właśnie będą tworzyły wspomnienia dla moich dzieci. Moje córki spokojnie będą mogły powiedzieć, że to jest słodki smak z ich dzieciństwa.
Cukierki miałam przyjemność testować dzięki Rekomenduj.to a jako ambasadorka otrzymałam mega wielką paczką ze słodyczami dla siebie i znajomych. Wszystkie paczuszki rozeszły się w mgnieniu oka. Czy wszystkie moje testerki są zadowolone? sądzę, że tak, bo takie słodkie niespodzianki każdemu sprawią przyjemność. Nie ważne czy się odchudzasz, nie ważne, czy nie jadasz cukierków, tych po prostu trzeba spróbować, by wiedzieć co to za wyjątkowy smak.
Jeśli jesteś mamą to znasz te pytania w aucie, w podróży, w przychodni - Mamo! Czy masz coś słodkiego? Ja teraz zawsze mam w torebce kilka śmietankowych cukierków z karmelowym nadzieniem Werther's Original. Tak, mam kochanie - odpowiadam i widzę ten mój mały szczerbaty uśmiech mojej młodszej córki i zadziorny starszej.
TY TEŻ JESTEŚ KIMŚ WYJĄTKOWYM!
I jeszcze jedna ważna rzecz. Na stronie swiatkarmelu.pl możecie wziąć udział w fajnym konkursie.
Macie czas do 6 maja!
Wygrywa aż 50 osób, więc trzymam kciuki!
#rekomendujto #werthersoriginal #swiatkarmelu
Doskonała testuje - Lenor Unstoppables
Tak, przyznaję się! Jestem gadżeciarą! Uwielbiam wszelkie nowinki, uwielbiam rozwiązania, które pomagają oszczędzić mi czas i pieniądze. Niestety nie zawsze jedno idzie w parze z drugim, o czym przekonałam się testując nowy produkt Lenora Unstoppables - perełki zapachowe, które udało mi się kupić w promocji w Rossmanie.
Dziwne nastały czasy. Proszki do prania robią w płynie, płyny do płukana robią w proszku. Z jednej strony ta zmiana jest zupełnie zrozumiała, ale z drugiej nie wiem czy potrzebna. Tak więc dziś miałam przyjemność zmierzyć się z perełkami zapachowymi Lenor. Piękna buteleczka już na samym początku przysporzyła mi sporo problemów, bo chciałam odczytać instrukcję i niestety musiałam skorzystać z lupy! Nie mam wady wzroku, ale tekst na opakowaniu jest prawie mikroskopijny.
Nie znalazłam informacji na ile prań wystarczy mi jedno opakowanie. Ponieważ umiem korzystać z kalkulatora, to nie omieszkałam tego sprawdzić i porównać ze zwykłym płynem do płukania. Moje wyniki poniżej.
275 g kryształków Lenor (1 op) cena 21,99 (cena promocyjna w Rossmanie, regularna w innych sklepach dochodzi do ok 29 zł) wystarcza na 15 prań!!!! (wsypujemy do prania ok 18 g produktu) Koszt jednego prania to - 1,46!
2 l Cocolino cena 8,99 (ostatnio kupiłam w promocji w Auchan) wystarcza na 57 prań. Koszt jednego płukania to około 15 groszy.
1,5 Lenor cena ok 11,99 wystarcza również na 57 prań. Koszt jednego płukania to 21 groszy.
Wsypujemy kryształki do samego bębna pralki, tuż przed włożeniem prania (o czym zapominam za każdym razem, gdy wstawiam pranie!!!). O nic więcej nie musimy się martwić, bo przez cały proces prania uwalnia się z nich zapach. Rzeczy po wyjęciu z pralki pachną bardzo ładnie i delikatnie, jak po użyciu płynu do płukania, ale....To chyba jedyna zaleta tego produktu.
Po pierwsze, pranie po użyciu tych granulek Lenora jest bardzo niemiłe w dotyku, jakby sztywne. Póki co, wszystkie kryształki się wypłukały i nie pozostały po nich w pralce żadne ślady, ale sztywność ręczników mnie troszkę przeraziła. Część prania postanowiłam wysuszyć w suszarce z dodatkiem chusteczek Lenor - to pranie jest miękkie i przyjemne w zapachu. Drugą część prania wysuszyłam tradycyjną metodą, czyli na suszarce na tarasie. Pranie pachnie owszem, ale nie jest tak mięciutkie jak po użyciu płynu do płukania. Po chwili dotarło do mnie, że to przecież są perełki nadające tylko zapach, więc i tak musimy użyć płynu do płukania, który dodatkowo nada nam miękkość i sprawi, że rzeczy nie będą się elektryzować. W związku z tym musimy się zastanowić, czy chcemy teraz do jednego prania używać: kapsułek (proszku lub płynu) do tego perełek zapachowych i płynu do płukania. Sporo tego...
Chętnie poznam Wasze opnie. Macie, używacie, zachwalacie?
Postanowiłam zrobić małą edycję tego postu, choć raczej coś dodam niż zmienię.
Zużyłam perełki do końca - wstawiłam pranie pościeli, potem kurtek wiosennych i ręczników. Do każdego prania dodałam kapsułkę piorącą, kryształki i płyn do płukania. Czyli pranie jest czyste i miękkie jak zwykle, ale pachnie pioruńsko! Faktycznie zapach od tych kryształków zostaje na bardzo długo. Powiesiłam kurtkę mojej córki (upraną z perełkami Lenor) a na niej powiesiłam swoją praną normalnie i wyobraźcie sobie, że zapach jest tak intensywny, że aż moja kurtka pachnie.
hmmm...Uznałam, że jednak te perełki mogą się przydać w kilku przypadkach - przy praniu ręczników, które dłużej będą leżały w szafce, przy praniu pościeli i przy praniu rzeczy, które zamierzamy schować na sezon do szafy :)
Lenor - dostajesz ostatnią szansę i maluśkiego plusa za trwałość zapachu.
A Wy pamiętajcie, że kryształki są jako trzeci produkt do prania, czyli nie zastąpią ani proszku, ani płynu do płukania.
UWAGA! Wszystkie ambasadorki everydayme proszę o rozsądne zamieszczanie komentarzy na moim blogu. Nie spamujcie, nie wrzucajcie linków. Usuwam po 20 komentarzy dziennie pod tytułem : " a ja jestem zadowolona" Jeśli po kampanii w której bierzecie udział, kupicie te kapsułki za 26 zł to uwierzę, że jesteście zadowolone. Wtedy uznam Wasz komentarz za obiektywny i szczery.
Dziwne nastały czasy. Proszki do prania robią w płynie, płyny do płukana robią w proszku. Z jednej strony ta zmiana jest zupełnie zrozumiała, ale z drugiej nie wiem czy potrzebna. Tak więc dziś miałam przyjemność zmierzyć się z perełkami zapachowymi Lenor. Piękna buteleczka już na samym początku przysporzyła mi sporo problemów, bo chciałam odczytać instrukcję i niestety musiałam skorzystać z lupy! Nie mam wady wzroku, ale tekst na opakowaniu jest prawie mikroskopijny.
275 g kryształków Lenor (1 op) cena 21,99 (cena promocyjna w Rossmanie, regularna w innych sklepach dochodzi do ok 29 zł) wystarcza na 15 prań!!!! (wsypujemy do prania ok 18 g produktu) Koszt jednego prania to - 1,46!
2 l Cocolino cena 8,99 (ostatnio kupiłam w promocji w Auchan) wystarcza na 57 prań. Koszt jednego płukania to około 15 groszy.
1,5 Lenor cena ok 11,99 wystarcza również na 57 prań. Koszt jednego płukania to 21 groszy.
Wsypujemy kryształki do samego bębna pralki, tuż przed włożeniem prania (o czym zapominam za każdym razem, gdy wstawiam pranie!!!). O nic więcej nie musimy się martwić, bo przez cały proces prania uwalnia się z nich zapach. Rzeczy po wyjęciu z pralki pachną bardzo ładnie i delikatnie, jak po użyciu płynu do płukania, ale....To chyba jedyna zaleta tego produktu.
Po pierwsze, pranie po użyciu tych granulek Lenora jest bardzo niemiłe w dotyku, jakby sztywne. Póki co, wszystkie kryształki się wypłukały i nie pozostały po nich w pralce żadne ślady, ale sztywność ręczników mnie troszkę przeraziła. Część prania postanowiłam wysuszyć w suszarce z dodatkiem chusteczek Lenor - to pranie jest miękkie i przyjemne w zapachu. Drugą część prania wysuszyłam tradycyjną metodą, czyli na suszarce na tarasie. Pranie pachnie owszem, ale nie jest tak mięciutkie jak po użyciu płynu do płukania. Po chwili dotarło do mnie, że to przecież są perełki nadające tylko zapach, więc i tak musimy użyć płynu do płukania, który dodatkowo nada nam miękkość i sprawi, że rzeczy nie będą się elektryzować. W związku z tym musimy się zastanowić, czy chcemy teraz do jednego prania używać: kapsułek (proszku lub płynu) do tego perełek zapachowych i płynu do płukania. Sporo tego...
Chętnie poznam Wasze opnie. Macie, używacie, zachwalacie?
Postanowiłam zrobić małą edycję tego postu, choć raczej coś dodam niż zmienię.
Zużyłam perełki do końca - wstawiłam pranie pościeli, potem kurtek wiosennych i ręczników. Do każdego prania dodałam kapsułkę piorącą, kryształki i płyn do płukania. Czyli pranie jest czyste i miękkie jak zwykle, ale pachnie pioruńsko! Faktycznie zapach od tych kryształków zostaje na bardzo długo. Powiesiłam kurtkę mojej córki (upraną z perełkami Lenor) a na niej powiesiłam swoją praną normalnie i wyobraźcie sobie, że zapach jest tak intensywny, że aż moja kurtka pachnie.
hmmm...Uznałam, że jednak te perełki mogą się przydać w kilku przypadkach - przy praniu ręczników, które dłużej będą leżały w szafce, przy praniu pościeli i przy praniu rzeczy, które zamierzamy schować na sezon do szafy :)
Lenor - dostajesz ostatnią szansę i maluśkiego plusa za trwałość zapachu.
A Wy pamiętajcie, że kryształki są jako trzeci produkt do prania, czyli nie zastąpią ani proszku, ani płynu do płukania.
UWAGA! Wszystkie ambasadorki everydayme proszę o rozsądne zamieszczanie komentarzy na moim blogu. Nie spamujcie, nie wrzucajcie linków. Usuwam po 20 komentarzy dziennie pod tytułem : " a ja jestem zadowolona" Jeśli po kampanii w której bierzecie udział, kupicie te kapsułki za 26 zł to uwierzę, że jesteście zadowolone. Wtedy uznam Wasz komentarz za obiektywny i szczery.
Witaj NIVEA!
Kto nie zna kosmetyków NIVEA? chyba nie ma takiej osoby. Ja od wielu lat używam kremu do twarzy - tego klasycznego w niebieskiej puszce. Kupuję sobie duże opakowanie i smaruję się nim do woli :) Używam go czasem do rąk, a czasem do twarzy. Ot taki uniwersalny krem do wszystkiego. Lubię jego gęstą konsystencję i zapach, który nie zmienił się chyba nigdy przez ostatnie 20 lat.
Ale ja nie o kremie :) W tym miesiącu otrzymałam do testowania szampon i odżywkę NIVEA Repair &Targeted care i tak naprawdę stwierdziłam, że oprócz tego kremu w puszce, nigdy nie kupowałam innych produktów tej marki. Nie wiem czemu... Myślałam, że nie ma marki szamponu, której nie używałam, a jednak jest. I tak oto z pewną dozą nieśmiałości sięgam dziś po Nivea i ....
Włosy myję codziennie, jest to mój rytuał, który po prostu pozwala mi się obudzić. I tak już od szkoły podstawowej. Codziennie też nakładam odżywkę, a raz w miesiącu robię sobie maskę na końcówki. Moje włosy są cienkie, ale jest ich sporo. Mam też dwie córy - młodsza ma włosy za pupę, a starsza za łopatki. Tak więc wyobraźcie sobie ile zużywamy miesięcznie szamponów. Co jakiś czas zmieniam szampon w poszukiwaniu tego idealnego. Czasem powracam do jakiejś ulubionej marki, a czasem mam otwarte w łazience 2 lub 3 różne. Kupuję produkty profesjonalne, apteczne, ale też te zwykłe dostępne w marketach.
Czego ja oczekuję od szamponu?
Czy NIVEA Repair &Targeted Care spełnił moje oczekiwania? Z całą pewnością muszę przyznać, że tak! i bardzo mocno mnie zaskoczył! Przede wszystkim pielęgnował moje włosy na co dzień i odbudowywał je od wewnątrz dzięki olejkowi makadamia. Natomiast Eucertit chronił końcówki i zapobiegał łamaniu. Było to wręcz wyczuwalne, bo włosy po myciu były miękkie w dotyku i gładkie. Już po pierwszym użyciu ja i moje córki zauważyłyśmy znaczącą różnicę i poprawę kondycji włosów.
Bardzo przekonała mnie również odżywka. Dla kogoś kto myje codziennie włosy, napis na odżywce - spłucz po 2 minutach to jak wyrok stania pod prysznicem i czekania. Wiem... w tym czasie można poukładać kosmetyki, umyć kafelki, ale jednak wolę odżywkę, którą mogę spłukać od razu. Tą wystarczyło wmasować w włosy i bez zbędnego czekania po prostu spłukać. Momentalnie pod palcami czuć jak włosy robią się gładsze. Po wysuszeniu włosy nie są obciążone, ani się nie puszą. Są piękne i błyszczące. No i najważniejsze, że skóra głowy nie protestuje przez zmianę szamponu z aptecznego na drogeryjny. Czego chcieć więcej?
Dodatkowo na opakowaniu odkryłam malusieńki napis KERA DETECT co oznacza, że szampon i odżywka w swoim składzie są wzbogacone o wyjątkowy system połączenia pantenolu i keratyny. Tu chyba nikogo nie muszę przekonywać, że taki skład ma zbawienny wpływ na nasze włosy. Moje córki w końcu nie krzyczą przy czesaniu, że je ciągnę za włosy, bo teraz wszystko się świetnie rozczesuje.
W swoim składzie kosmetyki te zawierają dużo protein, dzięki czemu mają właściwości regenerujące i nareszcie posiadaczki długich włosów nie muszą się martwić o swoje końcówki.
Podsumowując w skrócie :
Jeśli mnie już dobrze znacie, wiecie że polecam produkt tylko i wyłącznie godny polecenia, nie ważne czy go dostałam czy kupiłam. Te produkty testowałam dzięki Blog Recommend i nie żałuję ani jednego mycia, nawet zdążyłam dokupić drugi zestaw. Dodatkowo jeśli włosomaniaczka ANWEN jest ambasadorką tego szamponu, to jestem spokojna o swój wybór!
Dajcie znać w komentarzach, czy skusiłyście się na NIVEA, czy znacie, czy używacie. Wiem, że tych szamponów jest cała gama, może coś polecicie?
Ale ja nie o kremie :) W tym miesiącu otrzymałam do testowania szampon i odżywkę NIVEA Repair &Targeted care i tak naprawdę stwierdziłam, że oprócz tego kremu w puszce, nigdy nie kupowałam innych produktów tej marki. Nie wiem czemu... Myślałam, że nie ma marki szamponu, której nie używałam, a jednak jest. I tak oto z pewną dozą nieśmiałości sięgam dziś po Nivea i ....
Włosy myję codziennie, jest to mój rytuał, który po prostu pozwala mi się obudzić. I tak już od szkoły podstawowej. Codziennie też nakładam odżywkę, a raz w miesiącu robię sobie maskę na końcówki. Moje włosy są cienkie, ale jest ich sporo. Mam też dwie córy - młodsza ma włosy za pupę, a starsza za łopatki. Tak więc wyobraźcie sobie ile zużywamy miesięcznie szamponów. Co jakiś czas zmieniam szampon w poszukiwaniu tego idealnego. Czasem powracam do jakiejś ulubionej marki, a czasem mam otwarte w łazience 2 lub 3 różne. Kupuję produkty profesjonalne, apteczne, ale też te zwykłe dostępne w marketach.
Czego ja oczekuję od szamponu?
- musi ładnie pachnieć
- musi mieć wygodną w użyciu butelkę
- moje włosy po użyciu nie mogą być splątane
- musi dobrze nawilżać i chronić kolor
- powinien być na tyle delikatny, bym mogła używać go codziennie
- jego skład nie może przypominać tablicy Mendlelejewa, nie może zawierać parabenów
Czy NIVEA Repair &Targeted Care spełnił moje oczekiwania? Z całą pewnością muszę przyznać, że tak! i bardzo mocno mnie zaskoczył! Przede wszystkim pielęgnował moje włosy na co dzień i odbudowywał je od wewnątrz dzięki olejkowi makadamia. Natomiast Eucertit chronił końcówki i zapobiegał łamaniu. Było to wręcz wyczuwalne, bo włosy po myciu były miękkie w dotyku i gładkie. Już po pierwszym użyciu ja i moje córki zauważyłyśmy znaczącą różnicę i poprawę kondycji włosów.
Bardzo przekonała mnie również odżywka. Dla kogoś kto myje codziennie włosy, napis na odżywce - spłucz po 2 minutach to jak wyrok stania pod prysznicem i czekania. Wiem... w tym czasie można poukładać kosmetyki, umyć kafelki, ale jednak wolę odżywkę, którą mogę spłukać od razu. Tą wystarczyło wmasować w włosy i bez zbędnego czekania po prostu spłukać. Momentalnie pod palcami czuć jak włosy robią się gładsze. Po wysuszeniu włosy nie są obciążone, ani się nie puszą. Są piękne i błyszczące. No i najważniejsze, że skóra głowy nie protestuje przez zmianę szamponu z aptecznego na drogeryjny. Czego chcieć więcej?
Dodatkowo na opakowaniu odkryłam malusieńki napis KERA DETECT co oznacza, że szampon i odżywka w swoim składzie są wzbogacone o wyjątkowy system połączenia pantenolu i keratyny. Tu chyba nikogo nie muszę przekonywać, że taki skład ma zbawienny wpływ na nasze włosy. Moje córki w końcu nie krzyczą przy czesaniu, że je ciągnę za włosy, bo teraz wszystko się świetnie rozczesuje.
W swoim składzie kosmetyki te zawierają dużo protein, dzięki czemu mają właściwości regenerujące i nareszcie posiadaczki długich włosów nie muszą się martwić o swoje końcówki.
- skład bogaty w proteiny
- zapach intensywny lecz ładny i nie męczący
- konsystencja kremowo perłowa
- wygodne i poręczne opakowanie
- bardzo wydajny
- cena ok 9 zł za odżywkę 200 ml, a 6 zł za szampon 250 ml lub 9 zł za 400 ml.
Jeśli mnie już dobrze znacie, wiecie że polecam produkt tylko i wyłącznie godny polecenia, nie ważne czy go dostałam czy kupiłam. Te produkty testowałam dzięki Blog Recommend i nie żałuję ani jednego mycia, nawet zdążyłam dokupić drugi zestaw. Dodatkowo jeśli włosomaniaczka ANWEN jest ambasadorką tego szamponu, to jestem spokojna o swój wybór!
Dajcie znać w komentarzach, czy skusiłyście się na NIVEA, czy znacie, czy używacie. Wiem, że tych szamponów jest cała gama, może coś polecicie?
Terravita nie pyta...Terravita rozumie
Kto z Was nie lubi czekolady? To pytanie całkiem retoryczne. Niektórzy wolą mleczną, inni wolą gorzką a jeszcze inni nadziewaną. Czekolada dla kobiety to jak przyjaciel, który zawsze pomoże, zawsze jest pod ręką. Tylko kawałeczek, tylko odrobinka, a tak dużo może zmienić. Ma wpływ na działanie układu nerwowego, metabolicznego. Ma wpływ na nasze samopoczucie, skórę. Jest afrodyzjakiem, poprawia ciśnienie i pobudza do pracy. A co najważniejsze - jest niesamowicie smaczna!
Oczywiście znamy przypadki czekolady, która zmniejsza nam ubrania w szafie, które odkłada się w nasze boczki i pośladki, ale nie dotyczy to każdej czekolady.
Terravita składająca się z minimum 70% kakao, wyprodukowana w Polsce, pięknie zapakowana i nieziemsko smaczna, jest idealnym poprawiaczem humoru. Może być pięknym dodatkiem do prezentu, może być składnikiem pysznego deseru lub można ją zjeść w całości dodając sobie energii na cały dzień.
A dlaczego o tym piszę. W sklepach właśnie pojawiły się nowe czekolady Terravita w kilku różnych smakach. Ja miałam przyjemność spróbować ich w ramach projektu BLOGrecommend, za co bardzo dziękuję.
Oczywiście znamy przypadki czekolady, która zmniejsza nam ubrania w szafie, które odkłada się w nasze boczki i pośladki, ale nie dotyczy to każdej czekolady.
Terravita składająca się z minimum 70% kakao, wyprodukowana w Polsce, pięknie zapakowana i nieziemsko smaczna, jest idealnym poprawiaczem humoru. Może być pięknym dodatkiem do prezentu, może być składnikiem pysznego deseru lub można ją zjeść w całości dodając sobie energii na cały dzień.
A dlaczego o tym piszę. W sklepach właśnie pojawiły się nowe czekolady Terravita w kilku różnych smakach. Ja miałam przyjemność spróbować ich w ramach projektu BLOGrecommend, za co bardzo dziękuję.
Czekolada nadziewana miętowa
Czekolada nadziewana cytrynowa
Czekolada nadziewana wiśniowa
Czekolada ze skórką pomarańczową
Czekolada z crunchy i owocami
Czekolada gorzka
Pewnie zastanawiacie się jak smakuje ta czekolada. Na pewno dzięki zawartości 70% cocoa jest bardziej czekoladowa niż inne. Smak ma ostrzejszy i wystarczy dosłownie jeden kawałeczek, by móc rozkoszować się głębią czekoladowego smaku. Już sam odgłos łamania tabliczki - chrupnięcie - jest bardzo apetyczny i powoduje, że mamy na nią większą ochotę. Dodatkowo idealne kompozycje smakowe zaskoczą niejednego fana czekolady - od cytrynowej nie można się oderwać!
Nie prowadzę bloga kulinarnego i nie wrzucę tu zdjęć deserów jakie zrobiłam na podstawie tej czekolady, ale możecie mi wierzyć, że babeczki i brownie wyszło obłędne. Zostawię jeszcze kilka tabliczek na święta, by zaskoczyć moich gości czymś wykwintnie czekoladowym. Mniam!
Czekoladę smakowałam dzięki BLOG recommend
Subskrybuj:
Posty (Atom)












































